Neuron Agencja Public Relations nawiązała współpracę z Siemens Enterprise Communications Sp. z o.o.
Neuron Agencja Public Relations rozpoczęła współpracę z agencją PULP, zajmującą się komunikacją marketingową w social mediach oraz marketingiem wirusowym. Neuron będzie odpowiadać za planowanie i realizację działań media relations. ...
Neuron Agencja Public Relations rozpoczęła współpracę z Wealth Solutions SA. Agencja przygotuje i wdroży strategię obecności klienta w mediach społecznościowych oraz dostarczy aplikację biura prasowego netPR ...
POCZĄTKI
Nasza agencja powstała w najtrudniejszym momencie w historii polskiej branży public relations, to jest na przełomie 2001 i 2002 roku. Był to czas nie tylko spowolnienia światowej gospodarki (a musimy pamiętać, że komunikacja to sfera usług mocno wrażliwa na wahnięcia koniunktury), ale również lawinowego pękania „baniek” internetowych, czyli dotcomów pierwszego pokolenia.
Bezpośrednią poprzedniczką Neurona była tzw. Spółdzielnia Doradców Komunikacyjnych, działająca w czasie kampanii wyborczej 2001 roku. Po wyborach postanowiliśmy sformalizować działalność. Na początku było nas dwoje – Lidka Marcinkowska i ja. Niedługo później dołączyli Marcin Trzciński, Radek Walczyk i Magda Parjaszewska.
Z tego czasu najlepiej zapamiętałem trzy kilkugodzinne sesje, w czasie których usiłowaliśmy wymyślić nazwę agencji. Początkowo uznaliśmy (po bardzo starannej analizie), że agencja powinna wziąć miano od nazwisk wspólników – by budzić zaufanie, jak firmy prawnicze. Ale szybko doszliśmy do wniosku, że to przydługie i mało sexy. Ostatnia sesja zaczęła się od przyrzeczenia, że nie wyjdziemy z pokoju (a raczej z kuchni, bo tam odbywał się nasz warsztat), póki nazwa nie zostanie zgodnie uchwalona. I w ten sposób sami postawiliśmy się pod ścianą… Dość powiedzieć, że po sześciu godzinach postanowiliśmy, że nowa firma będzie nazywać się „Neuron”. Drugie i trzecie miejsce zajęły propozycje „Prawda” i „Copy-Paste”. Kuszące… Ale mimo wszystko zdecydowaliśmy się na Neurona.
Jako się rzekło, czas był bardzo trudny. Budżety PR kurczyły się zastraszająco, agencje również (bywało, że zmniejszały zatrudnienie trzykrotnie, a nawet do zera…). A my uznaliśmy, że to najlepszy moment na rozpoczęcie działalności: w recesji koszty są niskie, a „stara” konkurencja powinna potrzebować dużo czasu na dostosowanie się do nowych warunków. Zresztą, w latach 90-tych prowadzenie agencji PR było dość łatwe – niewielka konkurencja, międzynarodowi klienci, relatywnie duże budżety. Nie trzeba było być biznesmenem, by odnieść sukces. Wystarczyło być PR-owcem.
My postanowiliśmy działać w nowy sposób. Zresztą sytuacja nie pozostawiała wyboru – nie moglibyśmy skutecznie konkurować, pracując według reguł z lat 90-tych. Przyjęliśmy zatem kilka zasad, na przykład oszczędzania budżetów zewnętrznych klienta, uproszczenia firmowej biurokracji czy zakazu „myślenia narzędziami”. Niektóre z pomysłów nie wytrzymały próby czasu (jak nakaz pakietowania wszystkich możliwych produktów), ale większości jesteśmy wierni przez cały czas. Co prawda zostały zaprowadzone na czas biedy, ale kiedy wróciła koniunktura – okazało się, że nadal działają. Dziś mamy znów trudne czasy, a nasze zasady - wciąż są dobre, a nawet coraz lepsze...
Zaczęliśmy od pracy w mieszkaniu Lidii, a potem wynajęliśmy dwupokojowe mieszkanie, w którym mieściło się pięć osób, a kuchnia służyła za salę konferencyjną. Po kilku miesiącach znaleźliśmy nowy, duży lokal przy Ursynowskiej, w którym firma mieści się do dziś (choć zrobiło się już trochę ciasno). Pierwszego klienta, polski oddział firmy 3Com, wniosła w posagu Lidia. Wcześniej przez rok obsługiwała go jako jednoosobowa agencja.
I tak to się zaczęło...
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)